Unmatched: Bitwa Legend + Robin Hood vs Wielka Stopa – recenzja!

Projekt
Rob Daviau,
J. Jacobson
Ilustracje
Oliver Barrett
Liczba graczy
2-4 (dla mnie 1-2)
Czas rozgrywki
20-40 min.
Wydawca
Ogry Games
Rok wydania
2021
Ocena BGG
8.0 / 10
Moja Ocena
7.5 / 10
Wykorzystane Mechaniki: area movement | hand management |variable player powers

Paweł Dołęgowski
Blog Stare Kości

Bardzo przepraszam, ale nie mam czasu na opis strony z racji tego, że ciągle gram, a jak nie gram to piszę… i tak non stop. Gry planszowe to moja pasja, dlatego uprawiam je z powodzeniem od niemal dekady. Pisanie to wielka przyjemność, ale też krew, pot i łzy.

Sprawdź, co oferuje Unmatched:
  • Ciekawą mechanikę połączoną z niebanalną tematyką,
  • Intensywną, szybką rozgrywką nastawioną na interakcję i konfrontację,
  • Asymetryczność wynikającą z różnorodności frakcji i kart,
  • Ciekawy mix strategii i taktyki zamknięty w niepozornej grze,
  • Rozgrywkę na małej przestrzeni z użyciem niewielkiej liczby jednostek,
  • Fantastyczne wykonanie zawierające piękne, cieniowane figurki,
  • Możliwość rozbudowy o nowe frakcje i legendarne postacie,

.

.

.

To również potrzeba dzielenia się planszówkowym doświadczeniem, z którym nierozerwalnie związane są emocje i odczucia towarzyszące ogrywaniu kolejnych tytułów.

Zacznijmy od wyjaśnienia, czy należę do fanów gier bitewnych? Z pewnością — jak większość graczy — lubię ładne figsy. Walka sprawia mi frajdę, jeśli nie dominuje jej losowość, a rozbudowane zasady, to dla mnie chleb powszedni. Z drugiej strony — budowa armii jest niczym skarbonka bez dna, a malowanie figurek wymaga czasu, praktyki i talentu. Poza tym nieustanne turlanie kości zabija mnie szybciej niż fastfoodowa dieta. Lubię więc, czy nie?

Jedno i drugie, chociaż doświadczenie wskazuje, że klasyczne bitewniaki to nie mój konik. Za to walka oraz ogólny feeling i koncepcja rozgrywki nie są mi obce, stąd kilkuletnie poszukiwanie esencji figurowych gier bitewnych, zaklętej w przystępnej, kompaktowej formie gry planszowej. Nie tylko znacznie prostszej, ale przede wszystkim mniej podatnej na losowość i wtórne turlanie kości. Dziś przed Państwem Unmatched, kolejny pretendent do tego miana, który powalczy o moją przychylność i akceptację. Sprawdźmy więc, jak dalece sprosta oczekiwaniom, czy wybije się ponad przeciętność, a może zostanie jedynie krótkim tchnieniem nadziei?

Unmatched: Bitwa Legend, to konfrontacyjna gra figurkowa, klasyczny pojedynek na śmierć i życie. Być może brzmi sztampowo i pospolicie, ale tylko kiedy nie wiecie, kogo złączył bitewny szał. Jeśli powiem Wam, że w szranki staną Król Artur, Meduza, Robin Hood, Wielka Stopa, podróżnik Sindbad, a na dokładkę Alicja z Krainy Czarów! Gdybym dodał, że każdy z bohaterów, posiada wyjątkowych pomocników, asymetryczne zdolności i unikalny deck kart walki. Brzmi całkiem kozacko – prawda?

Warto dodać, że miałem okazję przetestować nie tylko podstawkę Unmatched, ale również Robin Hood vs Wielka Stopa, czyli pierwszy — chociaż już wiadomo, że nie ostatni — z polskich dodatków. Będący nie tylko częścią serii, ale również niezależną, samodzielną grą opartą na tych samych założeniach i mechanice, co Bitwa Legend. Jednak na potrzeby dzisiejszej recenzji potraktuję go jako integralny element podstawki, tak będzie prościej.

Co w pudełku piszczy?

Zanim przejdziemy do meritum, czyli mechaniki i zasad, kilka zdań na temat wykonania, które jest prima sort! Grube plansze do gry, fajnie ilustrowane trwałe kart, funkcjonalny insert, przyjemne dla oka wskaźniki zdrowia oraz zaskakująco ładne żetony pomocników. Jest coś jeszcze, drobiazg, który wywołuje gęsią skórkę oraz przyjemne mrowienie w palcach – figurki! Pięknie wykonane, szczegółowe, klimatyczne, a na dodatek pomalowane z użyciem technologii sundrop! Piękny efekt dodający figurkom głębi, a rozgrywce klimatu, a skoro już o tym mowa…

Jest klimat, czy go nie ma?

Figurki, figurkami, ale Unmatched: Bitwa Legend stoi masą tematycznych smaczków, powalającą oprawą i niesamowitymi postaciami. Do tego sporą dawką taktyki, strategii oraz szachowania na planszy. Nie jest to wtórna próba przeniesienia formatu znanego z gier bitewnych. Mamy tu do czynienia z niekonwencjonalnym, kreatywnym pomysłem, zapewniającym wysoki poziom rywalizacji oraz wyczuwalny na każdym kroku klimat walki.

Wprowadzenie do zasad.

Każdą partię rozpoczynamy od wyboru liczby graczy, następnie planszy do gry, a na końcu uczestniczący w walce bohaterów i tu istotna uwaga! Gra posiada drużynowy wariant dla 3-4 graczy, który celowo pominę. Sednem rozgrywki jest dla mnie tryb dwuosobowy i to właśnie na nim koncentruje się dzisiejsza recenzja. Po wyborze bohaterów, gracze otrzymują zestaw obowiązkowy, składający się z figurki, znaczników pomocników (najczęściej jeden), licznika punktów zdrowia oraz unikalnej, frakcyjnej talii kart. Dobierają również kartę pomocy zawierającą cechy frakcji, podstawową wartości ruchu oraz sposób walki wskazanych jednostek. Zajmują na planszy początkowe pola startowe, tasują karty i dobierają pięć górnych. W tle speeker woła „let’s get ready to rumble!” i zaczyna się jatka!

Rozgrywka przebiega turowo i kończy z chwilą śmierci jednego z bohaterów. Tura gracza – podobnie do mechaniki – jest prosta i intuicyjna. Składa się z dwóch dowolnych akcji (nawet tych samych), po wykonaniu których, inicjatywa przechodzi na kolejnego gracza. Schemat ten powtarzany jest do chwili osiągnięcia warunku zwycięstwa przez jednego z nich.

Dostępne akcje:
Manewr — dobranie karty, a następnie ruch jednostkami o wartość określoną na karcie frakcji. Wartość tę można zwiększyć na dwa sposoby — zagrywając kartę wsparcia, albo korzystając z umiejętności frakcji,
Fortel — czyli skorzystanie z karty posiadającej natychmiastową zdolność. Karty oznaczone symbolem pioruna są  istotnym elementem każdej frakcji,
Atak — akcji tej nie trzeba nikomu tłumaczyć, ale jeszcze do niej powrócimy,

Celem nadrzędnym jest pokonanie bohatera przeciwnika, kluczem do sukcesu optymalizacja i umiejętne zarządzanie kartami. To one są sercem rozgrywki, dzięki nim możemy przycisnąć rywala, zaskoczyć udanym fortelem, a nade wszystko skopać mu… Większość jednostek atakuje w zwarciu, ale są też takie, które posiadają umiejętność ataku dystansowego. Karty w naszym decku mogą, choć nie muszą być przypisane do konkretnej postaci. Wszystkie za wyjątkiem Uniwersalnych, posiadają określoną wartości ataku lub obrony. Te pierwsze, oznaczone specjalnym fioletowym symbolem, mogą służyć w obu celach, ale odbija się to zazwyczaj na ich bazowej wartość siły/obrony.

Duża część kart służących do walki posiada słowa kluczowe — NATYCHMIAST, PODCZAS WALKI, PO WALCE, które decydują o momencie ich działania. Dzięki tym efektom możemy podejść rywala, wykonując niestandardową akcję, zaskakujący ruch, albo podnosząc bazową siłę ataku lub obrony. Zadawać dodatkowe obrażenia, przywoływać jednostki lub skorzystać z unikalnych zdolności bohaterów (np. Sindbad). No dobrze, ale jak w dużym skrócie odbywa się taka Bitwa Legend?

Gracze poruszają jednostkami po niewielkiej planszy stanowiącej pole bitwy, szukając słabego punktu przeciwnika i możliwości skutecznego ataku. Najlepiej takiego, który pozwoli uzyskać taktyczną przewagę, najczęściej zadając stronie przeciwnej — w szczególności bohaterom — dotkliwe obrażenia. Walka przebiega w prosty, intuicyjny sposób. Gracz atakujący wybiera jedną ze swoich postaci, obierając jednocześnie cel lub cele ataku. Następnie zagrywa zakrytą kartę z ręki. Obrońca może (ale nie musi) zagrać kartę obrony, po czym obie są odsłaniane.

Następuje porównanie wartości siły i obrony, często wzmocnione efektami kart lub umiejętności frakcji. Jeśli wartość ataku przewyższy poziom obrony, walkę wygrywa atakujący, zadając obrażenia równe różnicy tych wartości. Gracz, który jest w defensywie, nie zadaje obrażeń, nawet jeśli jego poziom obrony przewyższa siłę przeciwnika. Obrońca wygrywa starcie, jeśli nie otrzymał żadnych obrażeń wynikających z samego ataku (może je otrzymać z innych efektów), ale jego jedyną nagrodą jest duma z dobrze wykonanego zadania. Obrażenia w trakcie walki można zadać przeciwnikowi tylko, jeśli jesteśmy stroną atakującą. Choć mechanika sprawia wrażenie prostej,  wymaga od graczy przemyślanych decyzji, rozsądnego zarządzanie zasobami (karty, pomocnicy) oraz strategicznego wyczucia. Karty są najcenniejszym zasobem, bez którego jesteśmy bezbronni niczym dzieci. Ich nadmierne użycie może z kolei prowadzić do wyczerpania decku, a to prosta droga do porażki. Kluczem do sukcesu jest zachowanie balansu i znalezienie odpowiedniego momentu na ataku.

Co mi się w grze podoba?
  • Świetna implementacja baśniowych i fantastycznych postaci do formatu planszowej gry bitewnej,
  • Proste, intuicyjne zasady, w których zawarto sporą głębię rozgrywki, a przede wszystkim arsenał taktycznych oraz strategicznych decyzji,
  • Spora asymetryczność poparta zdolnościami bohaterów oraz unikalnymi taliami frakcji,
  • Pomimo tak dużej różnorodności, rozgrywka wydaje się odpowiednio zbalansowana. Każda frakcja ma słabe punkty i atuty, które doświadczony gracz może wykorzystać na swoją korzyść. Tu każdy może pokonać każdego,
  • Jedną z największych zalet gry jest jej istotnie strategiczny charakter. System walki oparty na kartach zapewnia poczucie kontroli i możliwość długofalowego planowania, nawet jeśli nie wszystkie atuty mamy w danej chwili na ręce,
  • Podoba mi się różnorodność decków, oraz wielofunkcyjność kart, z których można korzystać na kilka sposobów. Jeśli nie dla efektu, to dla wartości obrony, ataku lub wsparcia. Spory wachlarz możliwości, którymi możemy efektywnie zarządzać,
  • Wysoka intensywności i szybki czas rozgrywki, to kolejne ważne atuty przemawiające za Unmatched. Dzieje się dużo i szybko, nie ma tu miejsca na nudę. Testosteron buzuje, a gracze nie oszczędzają się nawzajem.

Co budzi moje wątpliwości?
  • Sporym problemem — szczególnie przy zaawansowanych graczach — może być niewielka rotacja kart. Każdy frakcja posiada deck składający się z 30 różnorodnych kart, wśród których znajdziemy kilka naprawdę przegiętych, siejący postrach w szeregach wroga. Jeśli szczęśliwie podejdą, potrafią rozstrzygnąć losy bitwy, jeśli nie, musimy się do nich dokopać, co wcale nie jest takie proste. To wprawdzie nie wada, tylko cecha gry i dotyczy wielu znanych mi karcianek, ale trudno ją zaliczyć do zalet. Na szczęście rekompensuje to krótki czas rozgrywki oraz perspektywa szybkiego odwetu,
  • Stosunkowo niewielka synergia kart. To na niej Sindbad opiera strategię, dzięki synergii Król Artur tak sprawnie włada Excaliburem, ale… Niektóre talie bohaterów nie mają jej wcale, inne zbyt mało, żeby miało to dla graczy znaczenie. Szkoda, to właśnie tworzenie kombosów i synergia pomiędzy kartami, jest tym, co tygryski lubią najbardziej,

Regrywalność i interakcja.

W Unmatched pod dostatkiem jest jednego i drugiego. Regrywalność wynika z liczby oraz różnorodności frakcji i rośnie wraz ze wzrostem doświadczenia i znajomością kart. Większa świadomość graczy podnosi poziom strategii oraz regrywalności, a pojawienie się kolejnych frakcji tylko potęguje to uczucie. Nikogo nie może też dziwić wysoki poziom interakcji, Unmatched to tytuł nastawiony na walkę i bezpośrednią rywalizację.

Czas rozgrywki i skalowanie.

Dwuosobowy pojedynek można zamknąć poniżej 30 minut, to bardzo przyzwoity wynik. Skalowanie pominę, ponieważ grałem wyłącznie w znakomitym wariancie 2-osobowym i nie wiem, jak działa tryb drużynowy.

Napisy końcowe!

Seria Unmatched to bitewniak pełną gębą, nie ma co do tego wątpliwości, chociaż z klasyką gatunku pokroju Warhammera łączy ją stosunkowo niewiele. Skutecznie wymyka się ogólnie przyjętym standardom, jeśli chodzi o koncept, tematykę, liczebności frakcji, a nade wszystko sposób walki i zarządzania jednostkami. Mamy tu do czynienia z grą konfrontacyjną w skondensowanej, unikalnej formie. Rozgrywanej na małej przestrzeni z wykorzystaniem zaledwie kilku jednostek Z wyczuwalnym klimatem, sporą dawką interakcji i wrażeniami podobnymi do tych, jakie potrafią generować duże gry bitewne. Trochę brakuje jej właściwego rozmachu i epickości, ale nadrabia to fantastycznym wykonaniem, ciekawą i bardzo przystępną mechaniką, kompaktowością oraz krótkim czasem rozgrywki. Unmatched to świetne połączenie strategii, taktyki oraz umiejętnego zarządzania kartami. Gra o niewielkiej losowości (dociąg kart) i bardzo satysfakcjonującym poziomie kontroli rozgrywki.

To jedna z najlepszych dwuosobowych gier konfrontacyjnych, w jakie miałem okazję kiedykolwiek zagrać. Skierowana do licznego grona odbiorców, od dzieci, po zatwardziałych geeków. Gdy jedni będą czerpać frajdę z frywolnej rozgrywki, drudzy skoncentrują się na optymalizacji oraz poznaniu strategii i zdolności poszczególnych frakcji. Wprawdzie Unmatched nieznacznie przegrywa porównanie z nieśmiertelnymi Summoners War, dostępnymi już niebawem w nowej, odświeżonej odsłonie, nie ma to jednak znaczenia. Obie gry są warte poznania i posiadania, obie znakomicie się uzupełniają, a ja zacieram już rączki w oczekiwaniu na kolejne polskie dodatki Unmatched — Cobble & Fog oraz Little Red Riding Hood vs. Beowulf! Dzięki nim rodzime uniwersum Unmatched wzbogaci się o kolejnych bohaterów, takich jak Sherlock Holmes, Dracula, Niewidzialny człowiek, Jekyll & Hyde, Beowulf oraz Czerwony Kapturek. Nic tylko grać!

Jeśli lubisz Stare Kości, dołącz do obserwujących mój Fanpage, na którym znajdziesz jeszcze więcej relacji i wrażeń z rozgrywek.

Najnowsze Recenzje!
Co jest grane! – Najnowsze wpisy!
Rankingi, felietony i poradniki