Historia pewnej gry – Gloomhaven: Szczęki Lwa

Drogi czytelniku,

Mam nadzieję, że czytając mój felieton, będziesz się przede wszystkim dobrze bawił, temu głównie ma służyć. Jednak niesie on za sobą również pewne przesłanie, a przynajmniej tak mi się wydaję. To prawdziwa historia, troszkę przerysowana, ale prawdziwa tak jak i towarzyszące jej emocje. Tu i tam lekko ubarwiona, ale w najważniejszych punktach zgodna z prawdą. Porusza temat wydania pewnej gry i fenomenu, jaki temu procesowi towarzyszył. Mowa oczywiście o Gloomhaven: Szczękach Lwa, skali hype, jakiego nie przewidział chyba nawet sam wydawca, oraz efekcie domina, którego mówiąc krótko i ja byłem częścią. To był impuls, pisałem z potrzeby i dla siebie, świetnie się przy tym bawiąc. Mam nadzieję, że będziesz się bawił, choć w połowie tak dobrze jak ja, czego nam obojgu życzę. Miłego czytania!

.

Paweł Dołęgowski
Blog Stare Kości

Bardzo przepraszam, ale nie mam czasu na opis strony z racji tego, że ciągle gram, a jak nie gram to piszę… i tak non stop. Gry planszowe to moja pasja, dlatego uprawiam je z powodzeniem od niemal dekady. Pisanie to wielka przyjemność, ale też krew, pot i łzy.
To również potrzeba dzielenia się planszówkowym doświadczeniem, z którym nierozerwalnie związane są emocje i odczucia towarzyszące ogrywaniu kolejnych tytułów.

Najpierw była ekscytująca zapowiedź, później kilkumiesięczne nieznośne oczekiwanie, podsycane gigantycznym hypem. Następnie gruchnęła wiadomość, że właśnie skończył się nakład gry, której jeszcze nawet nie wydano! Że co proszę, jak to się kończy, a co ze mną? Szybko sobie uświadamiam, że zamiast w szczękach lwa, jestem w totalnej dupie. Tak długo przeciągnąłem zamówienie „małego” Gloomhaven, że w ogóle go nie złożyłem, a na grę od wydawcy szans nie mam. Za cienki w uszach jestem niestety, ale to się zmieni Albi Polska, to się jeszcze zmieni! Na Frosthaven będę gotowy.

Konieczna jest szybka, męska decyzja. Walić pracę, obowiązkowe zakupy, spacer z Nastką (Terrierem ze zdjęcia) i kawę. Stop! Kawa się przyda, reszta musi poczekać. Szukam w necie i nic… nic… nic nie ma!!! Nawet jednej oferty, czuję, jak mi się grunt usuwa spod stóp. Jezuniu przecież znajomi, premiera, wspólny unboxing. Co ja im powiem, że zamiast gry przyniosłem papier toaletowy, bo frajersko dałem się podejść z preorderem. Co za wstyd, jak żyć? Może szybka ustawa z pominięciem trybu legislacyjnego? Przecież to już standard, trzeba tylko osoby z pewną ręką. Dzwonię więc do Kancelarii Prezydenta, odbiera automa i zaczyna wyliczać: Adin, dwa, tri, czetyrie,… przy kolejnym słyszę w słuchawce głos mówiący:

– Jeśli chcesz przeforsować ustawę Gloomhaven+ wybierz pięć. 

Krzyczę więc do słuchawki „memory find!” i już chcę powiedzieć, że w to wchodzę, kiedy automa szepcze mi delikatnej do ucha „jesteś 124 w kolejce”. No to pięknie, ostatnia deska ratunku w piach. Raz jeszcze przeglądam ofertę sklepów – dalej nic. Może mają, tylko trzeba ich podejść z partyzanta? Szybki telefon do zaufanego człowieka, ten mówi „Nie mam nic, wszystko poszło. Dopytuj przed premierą, może będzie coś ekstra”. Adam, ty Brutusie! Ostatnia szansa, to zaufane miejsce na Warszawskim Bemowie, niemal po sąsiedzku. Pęcherz psa zaraz eksploduje, syn woła, że głodny! Jaki obiad, jaki syn do cholery? To ja mam nastoletniego syna? Hm… a może tak z nim w te Szczęki Lwa? Pomysł super, tylko nie masz gry idioto! Możecie sobie co najwyżej pograć w „Wyprowadź Psa”, Nastka już przebiera łapkami, żeby w to zagrać. 

Mówię więc do młodego, żeby wyszedł z psem, bo tata ciężko pracuję. Oznajmia, że są wakacje, a w oczy zagląda mu właśnie śmierć głodowa, idzie więc do babci na obiad.

– idź, tylko wcześniej wyprowadź psa! 

Odpowiada mi cisza, syna już nie ma, pies jest. Paweł skup się, nie myśl teraz o rzeczach, o których możesz pomyśleć jutro, pojutrze i przez resztę swojego wstydliwego życia, ze skazą na planszówkowym résumé. Czy ktoś w ogóle dostrzega, że tu chodzi o szczęście całej naszej rodziny? Podejmuje więc decyzję i ruszam do sklepu, takich spraw nie załatwia się przez telefon.

W samochodzie dzwoni żona, ma zołza wyczucie czasu. No nic, odbieram:

– z psem wyszedłeś, dziecko nakarmiłeś?

– La persona con la que se está comunicando no está disponible actualmente! – wykrzykuję w zdenerwowaniu.

Szybko się rozłączam, niech kombinuje, o co kaman. Wpadam na Powstańców, jadąc 90 km/h. Staram się unikać kolizji z pojazdami i ludźmi, ale przecież życie to jedna wielka kolizja. Parkuję, dopadam klamki, wchodzę… cofam się, wracam do samochodu, zabieram maseczkę! Ponownie wpadam do sklepu, gdzie zastaję Mikołaja. Dopadam go w dwóch krokach niczym Obcy graczy w Nemezis. Sprawiam wrażenie człowieka, który nie ma już nic do stracenia – znaczy się norma. 

– Błagam powiedz, że jeszcze masz!

– Pytasz o Szczęki Lwa?

– #@.#:*!

Ma, ludzie on ją ma! Ulga, czuję ulgę, będziemy mieli małe Gloomhaven!

Dni wloką się jak tygodnie, a tygodnie jak miesiące. W oczekiwaniu na upragnioną premierę, zapoznaję się z instrukcją oraz dokonuję niezbędnych zakupów, w postaci koszulek na karty i zajebistego insertu marki e-raptor. Czy można być bardziej przygotowanym? Można, jest komplet znaczników 3D za 300 ziko, na szczęście w skarbonce syna nie ma już ani złotówki. Kiedy nadchodzi wreszcie TEN dzień, bez zwłoki ruszam do sklepu odebrać to, o co tak dzielnie walczyłem. W domu szybki unboxing, odświeżenie instrukcji i jestem gotowy grać… tylko nie mam z kim! Syn właśnie wyjechał na 2-tygodniowy obóz sportowy, sąsiedzi stroją fochy, reszta znajomych jest daleko, pozostaje więc tryb solo, chyba że… Jest takie powiedzenie, że tonący brzytwy się chwyta, a skoro on może, to czemu ja mam nie spróbować? 🙂 

Pytam więc moją ukochaną żonkę, czy da się wciągnąć w wir epickiej przygody. Patrzy na mnie z niedowierzaniem i politowaniem, po raz wtóry udowadniając całkowity brak planszówkowej empatii. Dla podkreślenia jednoznaczności stanowiska puka się kilkukrotnie w czoło, dając mi tym do zrozumienia… że muszę lepiej kombinować. Dzięki za podpowiedź żono! Niezrażony prę więc do przodu, delikatnie wprowadzając wątek fabularny, nakreślając przy tym szereg pozytywnych aspektów kilkudziesięciogodzinnej kampanii, złożonej z 25 scenariuszy! 

Niezauważenie puszczam na głośniku składankę najbardziej epickich soundtracków. W tle leci inspirujący motyw przewodni Batmana, a ja kontynuuję moją mission impossible. Uderzam w czuły punkt, jej piętę achillesową, widzę, jak się wije i cierpi na myśl o kampanii, ale udaję, że nie jestem biegły w mowie ciała. W tle — jak na ironię — leci właśnie „Duel of the Fates” Johna Williamsa, na szczęście nie jest fanką Star Wars. Pętla się zaciska, padają kolejne bastiony, ofiara traci siły, aż wreszcie mówi TAK!

Co tu się właśnie odjebało? Naprawdę powiedziała, że się zgadza? Świat się na chwilę zatrzymał, a ja czuję, że mogę w tej chwili wszystko, ale doświadczenie każde mi na tym poprzestać. W tle leci właśnie temat z Rydwanów Ognia, żona wydaje się kompletnie zdezorientowana, a ja krzyczę, skaczę do góry w geście triumfu i strzelam naokoło z rąk niczym Billy the Kid. Wszystko to oczywiście robię w głowie, nie jestem aż takim idiotą, żeby wywalić się na glebę przed linią mety. 

Miesiąc później gramy po raz pierwszy i drugi, moc jest we mnie silna, a motywacji mam za dwoje. Całe szczęście, bo Dorota nie ma wcale. Scenariusze są łatwe, a wprowadzenie w kampanię naprawdę zacne. Po dwóch rozgrywkach pytam żony, czy chce kontynuować, a może mam grać dalej solo? Nie jest pewna, gramy więc dalej! Trzeci scenariusz odpalamy dwa tygodnie później, a ja się zaczynam zastanawiać, po jaką cholerę robiłem z siebie idiotę. Uganiałem się za grą po całej Warszawie, jak nie przymierzając kot z pęcherzem, tylko po to, żeby przez dwa miesiące rozegrać trzy krótkie scenariusze?

Trzeci wprowadza kolejne karty i mechaniki, zwiększając liczbę możliwości i podnosząc delikatnie próg trudności. Tak się przynajmniej wydaje, do pierwszej akcji Doroty, która wali w przeciwnika 5 damage, żeby za chwilę podwoić tę wartości modyfikatorem x2. Pierwszy raz dostrzegam na twarzy żony uśmiech, który w niczym nie przypomina skurczów, jaki towarzyszył mimice jej twarzy w poprzednich rozgrywkach. Czy ona sobie czasem nie wyobraża, że to ja jestem tym przeciwnikiem? Wszystko jedno, ważne że jest zadowolona. W tle słyszę kawałek z Wonder Woman War, chociaż nikt nie zapuszczał muzyki. Z każdą akcją jest lepiej i płynniej. Wprawdzie szybki łomot Doroty, ustawia nam troszkę partię, ale bawimy się świetnie! Po zakończeniu rozgrywki nie pytam już, czy gramy dalej, nie muszę.

Jeśli więc zastanawiacie się, czy warto czasami zaryzykować, to odpowiadam — warto! Gloomhaven: Szczęki Lwa z pewnością są tego warte, podobnie jak czas spędzony przy planszy w zacnym towarzystwie. Nie zawsze się udaje, prawdę mówiąc praktycznie nigdy, ale ponoć kropla drąży skałę. Próbujcie więc do skutku, miłej zabawy przy planszy!

Uwaga! Żaden pies, ani nawet syn, nie ucierpiał w trakcie tej epickiej planszówkowej przygody.

Jeśli lubisz Stare Kości, dołącz do obserwujących mój Fanpage, na którym znajdziesz jeszcze więcej relacji i wrażeń z rozgrywek.

Najnowsze Recenzje!
Co jest grane! – Najnowsze wpisy!
Rankingi, felietony i poradniki