Boonlake – recenzja!
| Materiał reklamowy: Gra Boonlake została przekazana do recenzji przez wydawnictwo Lacerta. Zapewniamy, że wydawca w żaden sposób nie ingerował w treść oraz wnioski zawarte w poniższym materiale / artykule. |
ProjektAlexander Pfister |
IlustracjeKlemens Franz |
Liczba graczy1-4 |
Czas rozgrywki120-180 min. |
WydawcaLacerta |
Rok wydania2022 |
Ocena BGG7.8 / 10 |
Moja Ocena7 / 10 |
| Wykorzystane Mechaniki: tile placement | worker placement | point to point movement | modular board | tableau builder |
Sprawdź, co oferuje Boonlake
- Sałatkę punktową, jakiej nie zaoferują Wam pozostałe gry Pfistera – razem wzięte 🙂 ;
- Przystępne zasady, połączone z bardzo intuicyjną i sprytną mechaniką wyboru akcji;
- Wyjątkową swobodę strategiczną oraz mechaniczną różnorodność;
- Mechanikę podążania na ogromną wręcz skalę, ale też gwarancję ciągłego bycia pod grą oraz braku downtime;
- Słabe skalowanie w rozgrywkach 2-osobowych, chyba że lubicie planszówkowy masochizm.
Recenzję tę dedykuje całej ekipie Lacerty, dziękując za wspólnie spędzone lata w planszówkowym hobby oraz wydanie wielu znakomitych gier. Tytułów, bez których nasz rynek byłby tak bardzo ubogi, podobnie jak planszówkowe doświadczenia. Dziękuję Wam za Agricolę, Kawernę, GWT oraz pozostałe gry Pfistera. Dzięki za Grand Austria Hotel, za obecność na wszystkich konwentach, a nawet za… cztery części Azula! Chapeau bas dla Was! Dzięki że z nami byliście i mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości znajdziecie sposób, żeby do nas powrócić.
Stare Kości
Mój pierwszy kontakt z grami Aleksandra Pfistera miał miejsce lata temu, w związku z polskojęzycznym debiutem gry Port Royal. Wtedy nikt jeszcze nie mógł przewidzieć, że Pfister stanie się jednym z najbardziej rozpoznawalnych designerów gier planszowych. Autor takich hitów, jak Great Western Trail, Maracaibo czy Ekspedycja do Newdale, powrócił właśnie z kolejną porcją solidnego euro tortu, lecz tym razem, bez przysłowiowej wisienki. Tortu pozbawionego tak ostatnimi czasy u niego popularnego i modnego fabularnego sznytu. Boonlake – bo o nim oczywiście mowa – to gra sucha i na wskroś strategiczna. Powrót do złotych – zdaniem co niektórych – lat twórczości autora, czasów, kiedy gry euro bliższe były matematyce, niźli literaturze. Jako niekwestionowany fan jego talentu, a co za tym idzie gier, a także jeden z nielicznych polskich graczy, mających na swoim koncie pełną kampanię w Maracaibo, Wyprawę do Newdale oraz CloudAge, podjąłem się tej recenzji z nieskrywaną przyjemnością. Czy słusznie, to się za chwilę okaże. Jeśli macie ochotę doczekać finału tej historii, w której – jak to często u Pfistera – niemałą rolę odegrają krowy, pozostańcie ze mną.
Boonlake – czyżby kolejna przygodowa uczta fanów Pfistera stała się właśnie faktem? Otóż nie, nic z tych rzeczy. Miłośnicy przygody i fabuły w grach euro, w tym konkretnym przypadku obejdą się smakiem. Zdawkowy wstęp nie pozostawia co do tego żadnych wątpliwości. Znajdą się również tacy, którzy powiedzą, że powrócił syn marnotrawny. Pfister jest suchy, suchy jak wiór i chwała mu za to! Hm… to się jeszcze okaże.
Suchy, czy nie, przecież gra nie jest o niczym. Cóż więc w niej robimy, kim przyszło nam zostać? Otóż… jesteśmy osadnikami! Nie brzmi to równie dumnie, jak bycie wikingiem, kowbojem czy piratem, ale to i tak bez znaczenia. Fabuła nie jest mocną stroną gry, nie jest nią wcale, bo jej tam nie ma! Nic w tym złego, takich gier jest na pęczki, choć cytując znany żart „niesmak pozostał” 🙂 . Czuję lekkie rozczarowanie, ponieważ Pfister zalicza się do tych niewielu euro–designerów, którzy potrafią z gier wydobyć fabularny potencjał.
Tym razem potencjału zabrakło, dlatego też nie przywiązywałbym wagi do tego, co robimy i kim jesteśmy. Jak ma to miejsce w większość gier euro, naszym priorytetem są punkty zwycięstwa. W tym celu będziemy pozyskiwać zasoby, eksplorować, zagrywać karty i budować budynki. Ups, na śmierć bym zapomniał, będziemy również wypasać krowy. Zasadniczo same będą się pasły, ale to mało istotny szczegół.
Jak każdą recenzję, również tę zaczniemy od spraw w grach euro pozornie drugorzędnych – wyglądu oraz wykonania. Pozwolicie, że zacytuję teraz Jerzego Dąbczaka z klasyki Barei: „Jasiu! Jak ja nie lubię tych wstrętnych myszy!” Zamieńmy teraz Jasia na Klemensa, a myszy na ilustracje. Tak właśnie od strony graficznej odbieram Boonlake. Dramatu nie ma, ale dziełem sztuki bym tego nie nazwał. Całość sprawia spójne wrażenie, a ikonografia okazjonalnie bywa nawet przyjemna. Czy to znaczy, że Klemens Franz stanął na wysokości zadania? W karykaturalnym znaczeniu tego słowa może i tak, w pozostałych z pewnością nie. Znacznie lepsze wrażenie robi wykonanie gry.
Nie razi ani klasyczny zestaw drewnianych komponentów, ani jakość tekturki. Na szczególne słowa uznania zasługują dwuwarstwowe plansze graczy oraz sprytny, ekonomiczny sposób ich montażu. Niestety nie mogę tego samego powiedzieć na temat kart. Są tak kiepskiej jakości, że bez koszulkowania ani rusz. Patrząc na całokształt mam odczucia podobne do Wyprawy do Newdale – mogło być gorzej, ale też znacznie lepiej. To moment, w którym powinienem płynni przejść do klimatu, ale zasadniczo nie ma do czego. Pozwolę sobie więc pominąć ten akapit i skierować Wasze zainteresowanie w stronę mechaniki.
Czas wprowadzić Was w zasady i mechaniczne zawiłości gry. Boonlake stworzony został z myślą o graczach euro, w szczególności sałatkowych freakach, którzy co dzień rano punkty zwykli sobie dosypywać do płatków śniadaniowych. CloudAge, Wyprawa do Newdale i GWT wspólnie nie zapewnią ich tyle, ile zdobyć można w pojedynczej rozgrywce w Boonlake! Czy to źle? Jasne, że nie, taki urok gry i tyle.
Core mechaniki — jaki to u Pfistera — koncentruje się na połączeniu ruchu i akcji. Tym razem w odwrotnej niż zazwyczaj kolejności – najpierw akcja, następnie ruch. Mechanika wyboru akcji należy do największych atutów gry. Prosta i intuicyjna, ale z pewnością nieprostacka. Oparta na 7 kaflach, ułożonych w losowej kolejności na planszy akcji – jeden nad drugim. Każdy z nich reprezentuje zestaw akcji. Podzielony na dostępne wyłącznie dla aktywnego gracza oraz takie, za którymi podążają współgracze. Z racji tego, że liczba akcji głównych przypadająca na każdego z graczy jest dwucyfrowa, a podążanie darmowe, będzie go w grze od zajeb… Przeprasza za kolokwializm, ale bywają chwile, kiedy trzeba być dosadnym. Lubię mechanikę podążania, podobnie jak bycie „pod grą”, ale są tego granice. Boonlake potrafi mnie zmęczyć ciągłą aktywnością i potrzebą gotowości. Akcja goni akcję, a decyzja decyzję i tak non stop.
Pomijając to drobne utrudnienie, plansza akcji znakomicie wpisuje się w strategicznych charakter rozgrywki. Nasze decyzje balansują często na granicy własnych potrzeb. Nie zawsze wybieramy to, czego potrzebujemy najbardziej. Z racji podążania, które może sprzyjać rywalom w stopniu większym niż nam. Mając również na uwadze, że użyte kafelki akcji lądują na końcu toru akcji, utrudniając tym samym ich ponowne wykorzystanie. Boonlake z pewnością premiuje dobry timing, czytanie intencji współgraczy i korzystanie na ich wyborach. Niestety w mechanice podążania brakuje mi planowania znanego choćby z gier Lacerdy. To, co w The Gallerist i Lisboa wymaga planu i zaangażowania (umiejętne ustawienie / właściwe żetony) w Boonlake dostajemy na srebrnej tacy. Nie jest to przypadłość wyłącznie tej gry, ale z racji częstotliwości podążania tu rzuca się w oczy najmocniej.
Na koniec tury aktywny gracz musi poruszyć statek o liczbę pól rzeki, uzależnioną od miejsca na torze akcji (1-4), z którego dobrał kafel. Przy okazji ruchu – wzorem GWT – statek przeskakuje znaczniki pozostałych graczy. Kończąc ruch na pustym (zazwyczaj) polu akcji, otrzymując wskazany tam bonus. Znaczenie ruchu – pomijając wspomniane bonusy – nie ma większego wpływu na status ekonomiczny graczy. Jest za to kluczowe, jeśli chodzi o regulację tempa gry (cztery cząstkowe punktowania) oraz jej zakończenie.
Wróćmy jeszcze na chwilę do dostępnych w grze akcji. Kafle reprezentujące akcje mają najczęściej trzy efekty. Pierwszy oraz drugi dotyczą wyłącznie aktywnego gracza (tego, który decyduje o wyborze kafla), natomiast trzeci wszystkich. Najpierw pojawia się możliwość zagrania karty lub jej odrzucenia w zamian za kasę. Następnie aktywny gracz wykonuje akcję główną przeznaczoną wyłącznie dla niego, a na koniec akcję wspólną, za którą podążają współgracze. Schemat ten dotyczy niemal wszystkich kafli akcji, w ramach których gracze mogą Eksplorować (dokładanie na planszę nowych kafli terenu), Rozwijać (wysyłanie na planszę osadników) i Ulepszać (rozbudowa budynków i miast). Zdobywać nowe umiejętności (Modernizacja), zatrudniać workerów, hodować bydło – a nie mówiłem – punktować regiony, budować karciane tableau, lub wypełniać ogólnodostępne cele gry.
Akcje tworzą swoistą siatkę zależności, boostując się wzajemnie i nieustannie zwiększając punktowanie. Kafle eksploracji otwierają kolejne pola pod budowę, zapewniając dostęp do profitów i łatwych bonusów. Warto zauważyć, że eksploracja przy trzech graczach stanowi łakomy kąsek, a przy czterech staje się absolutnym priorytetem. Podobnie jak szeroko rozumiana rozbudowa naszej drewnianej infrastruktury. Rozgrywka zyskuje proporcjonalnie do liczby graczy, zgodnie z zasadą – im więcej, tym lepiej, bo ciaśniej, zapewniając graczom zaciętą rywalizację o lokacje oraz bonusy. Może poza rozczarowującym dwuosobowym wariantem rozgrywki, do którego z pewnością jeszcze powrócę. A siatka zależności z każdą turą robi się większą i większą. Domy niezbędne do budowy miast boostują nagrody z hodowli krów. Te z kolei punktują wyłącznie w sąsiedztwie aglomeracji, do których powstania w pewnym sensie się przyczyniają. Całość spajają mieszkańcy (pionki), bez których nie sposób wykonać większości z wymienionych akcji. Na szczęście efektywna rozbudowa pozwala odblokować kolejnych workerów, domykając koło współzależności. Być może Pfister minął się z powołaniem, zamiast gier powinien stworzyć perpetuum mobile? Z Boonlake niemal mu się udało!
Niech Wam się jednak nie wydaje, że na tym koniec. Boonlake oferuje masę możliwości, począwszy od arcy ciekawej planszy modernizacji, która zapewnia dostęp do zasobów, punktów oraz unikalnych umiejętności, przez kafle celów oraz tory produkcyjne, gwarantujące rosnący przychód monet, punktów i kart. Kart, których dobierzecie i zagracie bez liku. Kart, które mają wpływ na każdy aspekt rozgrywki, od produkcji po akcje, od stałych umiejętności po punkty. Kończąc wyliczankę na bardzo lubianym, przemyślanym torze zasobów. Mechanicznym twiście opartym na ruchu znacznikami łodzi po torze zasobów oraz rozwoju stałej produkcji. Sprytnym pomyśle, który sprawia, że zarządzanie zasobami jest tyleż proste co przyjemne.
Boonlake z pewnością rozkocha w sobie wielu eurograczy. Szczególnie miłujących gry przeładowane akcjami i mechanikami. Znajdziemy tu worker placement, tableau builder, tile placement, point to point movment oraz wiele więcej. I dobrze, wszystko dla ludzi, chociaż… więcej nie zawsze oznacza lepiej. Czy tak jest tym razem, trudno powiedzieć? Postawmy sprawę jasno, Boonlake to ciekawe i różnorodne euro, ale GWT, a tym bardziej Maracaibo dorównać nie zdoła. Nie chodzi o różnorodność, bo tej grze nie brak. Podobnie jak mechanicznej spójności oraz odejścia od popularnych ostatnio u Pfistera schematów. Problem leży w balansie oraz nazbyt dużym komforcie gry. Osobiście lubię, kiedy gra stanowi wyzwanie, pobudza mózg do działania pod presją, wymuszając ciągłe wybory. Uwielbiam to poczucie graniczące z pewnością, że choćby skały srały, wszystkiego zrobić nie zdołam. Dumę, kiedy to właśnie moja optymalizacja okaże się najskuteczniejszą. Zasłużony splendor — tak, jasne — spływający na mnie po zakończeniu owocnej rozgrywki.
Boonlake to prawdziwe bogactwo możliwości, ukryte w prostocie i logice zasad. Kilka tur i mamy pełen przegląd pola. To wielki atut gry, która z pewnością pozwoli nam się dowartościować, zapewniając poczucie kontroli, komfort czasowy i przestrzeń do optymalizacji. Niestety sporą część graczy rozczaruje brakiem presji oraz trudnych wyborów. Grając w Boonlake czuję, jakbym ogrzewał się przy rozpalonym kominku, przykryty zajebiście długą i ciepła puchową kołdrą. Nigdzie nie muszę się spieszyć, zero presji, nie goni mnie czas. Przecież i tak zdążę zagrać pierdyliard kart i zbudować większość infrastruktury. Odblokowując jednocześnie lwią część bonusów, realizując kolejne cele i przytulając za ich sprawą od groma punktów. Czy to źle? Zdania są podzielone, wielu graczy ucieszy swoboda i brak presji, ja jestem lekko niepocieszony, choć do rozczarowania wciąż daleko.
Niemniej istotnym problemem – szczególnie dla zaawansowanych graczy – może być odczuwalna schematyczność. Eksploracja planszy, a w konsekwencji rozbudowa infrastruktury, mają znacznie wyższy priorytet niż zagrywanie kart. Na karty czasu mamy nadto, szczególnie że kasa płynie do nas nieprzerwalnym strumieniem z najróżniejszych źródeł. Doświadczeni gracze koncentrują uwagę na planszy, bo tam timing ma naprawdę istotne znaczenie. No, chyba że…mamy pecha i gramy w wariancie dwuosobowym! Jeśli tak, to gra przypomina zjełczałe roztopione masło – można go użyć, ale zapewne czeka nas niezłe rozwolnienie! Mocne słowa, kontrowersyjne, ale całkowicie szczere. Plansza w Boonlake nie skaluje się na podstawie liczby graczy, co sprawia, że w wariancie dwuosobowym jest ekstremalnie luźno. Zero presji związanej z eksploracją i rozbudową planszy. Jeszcze bardziej zaskakującym pomysłem jest wydłużenie toru rzeki, a przez to również samej rozgrywki. Nie dość, że gracze przeskakują się znacznie rzadziej, to do przepłynięcia mają sporo większy dystans!
Efekt – rozgrywka jest wyraźnie za długa i pozwala robić, co tylko się chce. W ostatniej partii wybudowałem i punktowałem dosłownie wszystko, zagrywając w tym czasie 24 karty! Graliśmy około 150 minut, czyli tyle, ile przeciętnie zajmuje rozgrywka w pełnym czteroosobowym gronie. Nie staraliśmy się spowalniać gry, mechanika robiła to za nas. Przy naszych potrzebach oraz rotacji dolnych kafli, nie było jak sensownie popędzić gry. Mogliśmy to robić na przekór logice, ale to nie tor rzeki, lecz akcje napędzają rozgrywkę.
A skoro przy rzece jesteśmy, najwyższa pora dobić do brzegu. Tam, gdzie czekają na Was nie jedna, ale aż dwie oceny. Nieczęsto się to zdarza, ale to jedyny sposób, żeby uczciwie ocenić Boonlake. Tytuł, w który gram z wielką przyjemnością, pod warunkiem że nie są to partie dwuosobowe, ponieważ ten wariant uważam za broken! Wierzę, że znajdzie swoich zwolenników, lecz ja do nich z pewnością nie należę. Czuję rozczarowanie, ponieważ liczyłem na więcej, ale nie tur i akcji, tylko rywalizacji, presji oraz optymalizacji.
Boonlake jest kwintesencją sałatki punktowej, a przy okazji jedną z najmniej ciasnych gier w portfolio Pfistera. Pod tym względem na głowę bije ją nawet Wyprawa do Newdale. A jednak, pomimo problemów i mojemu narzekaniu, plasuje się w czołówce jego projektów. Nie jest to gra wybitna, ani nawet wspaniała, za to wystarczająco dobra, solidna i różnorodna, żeby skraść serce wielu miłośników gier euro. Pozbawiona niestety tak lubianej przeze mnie fabularnej–przygodowej otoczki, ale taka jej uroda i styl. I dobrze, gry tego typu są potrzebne i pożądane, chociaż ostatnio jakby ciut mniej docenianie. Wiem to, ponieważ właśnie one mnie ukształtowały jako gracza. Dlatego też Boonlake w wariancie dwuosobowym otrzymuje ode mnie słabe 5.5/10, za to w trybie dla 3-4 graczy solidne 7.0/10.


Projekt
Ilustracje
Liczba graczy
Czas rozgrywki
Wydawca
Rok wydania
Ocena BGG
Moja Ocena


























Jeśli lubisz Stare Kości, dołącz do obserwujących mój Fanpage, na którym znajdziesz jeszcze więcej relacji i wrażeń z rozgrywek.