Jamajka – recenzja!
| Materiał reklamowy: Gra Jamajka została przekazana do recenzji przez wydawnictwo Rebel. Zapewniamy, że wydawca w żaden sposób nie ingerował w treść oraz wnioski zawarte w poniższym materiale / artykule. |
ProjektBruno Cathala +2 innych autorów |
IlustracjeMathieu Leyssenne |
Liczba graczy2-6 |
Czas rozgrywki30-60 min. |
WydawcaRebel |
Rok wydania2021 |
Ocena BGG7.3 / 10 |
Moja Ocena3 / 5 |
| Wykorzystane Mechaniki: hand management | dice rolling | point to point movement |
Sprawdź, co oferuje Jamajka:
- Piracką tematykę i klimat, które pokocha każde dziecko;
- Bardzo proste zasady, za którymi kryje się niezwykle emocjonująca gra rodzinna;
- Rywalizację w wyścigu nie tylko o miejsca, ale przede wszystkim punkty;
- Bezpośrednią negatywną interakcję, lecz w przystępnym, akceptowanym przez dzieci wydaniu;
- Dużo dobrej zabawy, zdrowej ,chociaż miejscami złośliwej rywalizacji oraz śmiechu.
Jamajka trafiła po raz pierwszy na sklepowe półki, kiedy nasze ukochane hobby w Polsce dopiero raczkowało, podobnie jak część z Was, moi drodzy (młodsi) czytelnicy 🙂 . Niektórzy stawiali właśnie swoje pierwsze kroki w świecie gier planszowych, a inni, w tym również ja, nie mieli nawet pojęcia, że istnieje taki świat i hobby, które potrafi wciągnąć niczym bagna Luizjany.
W tym samym roku (2007) debiutowała słynna Agricola, ikona gier ekonomicznych i choć obie gry dzieli tematyczna, mechaniczna oraz strategiczna przepaść, posiadają jeden wspólny mianownik. Wyjątkową, magiczną wręcz odporność na bezlitosny upływ czasu. Nie straszne im trendy, konkurencja ani kaprysy graczy, ponieważ od początku znakomicie wywiązują się z roli, jaka został im przeznaczona. Każda na swój sposób, każda z ciut innym efektem. Jak ulał pasuje do obu znane oldschoolowe powiedzenie „stare, ale jare”. Tym bardziej że współautorem, tej jakże pirackiej (Arr!) gry rodzinnej jest nie kto inny, tylko sam Bruno Cathala, późniejszy designer takich hitów, jak Five Tribes, Abbys i Kingdomino.
Jamajka z mojej recenzji, to lekko odświeżona wersja klasyka, która po wielu latach wreszcie doczekała się polskiej lokalizacji językowej. Za rodzime wydanie odpowiada Rebel, który w czasie pomiędzy premierą a chwilą obecną, zdążył już nawet wydać pełnoprawny dodatek. Niestety z braku jego posiadania i ogrania, nie omówię go w ramach dzisiejszej recenzji, niemniej doszły mnie słuchy, że wnosi do gry wiele dobrego. Na szczęście z Jamajką tego problemu nie mam, ponieważ znamy się już od dawna. Dlatego też jestem absolutnie pewny, że sama podstawka zapewni Wam… No właśnie, cóż takiego? Tego oraz wiele więcej dowiecie się już za chwilę, cierpliwości!
Grając w Jamajkę, na krótką chwilę wcielamy się w rolę kapitanów pirackich statków, rywalizujących między sobą o sławę, bogactwo oraz punkty. Zasadniczo nasze starania sprowadzają się do tego ostatniego, ale osobiście dostrzegam w tej na wskroś rodzinnej grze planszowej drugie, bardziej klimatyczne dno. Jamajka to wyścig, chociaż nie zawsze wygrywa ten, kto płynie najszybciej. W trakcie krótkiej (30-45 minut) rozgrywki będziemy ze sobą współzawodniczyć. Rywalizując z przeciwnikami i walcząc z losem, bo czymże jest piracka fucha, jeśli nie ciągłym igraniem ze szczęściem. W trakcie rozgrywki dokonamy zapewne niejednego abordażu, zgarniając (jeśli wygramy) lub tracąc (jeśli nie) cenne łupy i inne dobra. Będziemy cumować w kosztownych portach oraz miejscach znanych jedynie najstarszym piratom. Jeśli dopisze nam szczęście, pozyskamy skarby i cenne umiejętności. Kiedy go zabraknie, czekają nas klątwy, marny los i jeszcze gorsze punktowanie. Gra kończy się, gdy jeden z graczy zrobi pełną rundę po Karaibskich wodach, cumując w słynnym Port Royal. Na koniec podliczymy punkty (za złoto, skarby, klątwy oraz miejsce, do którego dopłynął nasz statek), a zwycięzcą zostaje ten z graczy, który zdołał zgromadzić najwięcej punktów zwycięstwa!
Zaraz, chwileczkę! Zanim złapię wiatr w żagle i zmotywowany dobrym wstępniakiem na falach popłynę do mechaniki, czas na krótką ocenę wykonania oraz oprawy wizualnej gry? Z pewnością warto nadmienić, że pomimo dużego pudełka Jamajka nie należy do gier napakowanych i ciężkich. Podobnie jak nie jest przesadnie bogata w komponenty. Posiada za to pokaźny i funkcjonalny insert, który z zapasem pomieści wszystko, czego piracka dusza zapragnie. Piracka dusza — dobry suchar! Jamajka nie należy do gier wybitnie ładnych, nie jest też brzydka, ot karaibski średniak. Ważne, że jakością wykonania w niczym nie ustępuje wspomnianej już estetyce.
Oferuje klimatyczną, chociaż niekiedy nazbyt infantylną piracką oprawę, wysokiej jakości tekturowe komponenty oraz customowe drewniane kości. Do tego solidną planszę i planszetki graczy oraz plastikowe figurki statków. Tylko karty wydają się być leciutko na bakier z jakością. Sprawiają wrażenie niezbyt trwałych i posiadają niestandardowy rozmiar, co powoduje, że na rynku możemy nie znaleźć pasujących protektorów. Chociaż pierwsze angielskie wydanie pamiętam jak przez mgłę, mam wrażenie, że tak pudełko, jak i plansza główna były tam większe, ale czy ma to jakiekolwiek znaczenie, skoro wydanie od Rebela zdecydowanie daje radę 🙂 .
Gra została wznowiona (nowa edycja) bez większych zmian w zasadach i mechanice, w konsekwencji czego nie zmienił się również jej feeling. Dostrzegam niewielkie modyfikacje kości walki, albo to tylko pamięć płata mi figla? Rozgrywka przebiega turowo z zachowaniem zmiennej kolejności graczy. Każdą rundę rozpoczyna pierwszy gracz, rzucając kośćmi, które następnie przyporządkowuje do dwóch faz akcji – dnia oraz nocy. Wtedy i dopiero wtedy, każdy z graczy zagrywa jedną z trzech posiadanych na ręce kart akcji. Kart, które jak się już zapewne domyślacie, podzielone są na fazę dnia oraz nocy. Wiedza na temat wartości kości oraz ich ustawienie względem akcji dnia i nocy determinuje kolejność, oraz siłę, z jaką wykonamy akcje z wybranej przez nas karty. Większość akcji pozwala pozyskiwać zasoby (monety, amunicję i prowiant) oraz determinuje ruch (przód / tył).
To właśnie umiejętne zagrywanie kart, dopasowanych nie tylko do potrzeb, ale i wartości na kościach, decyduje o naszej skuteczności. Tyle że karty, a już szczególnie kości bywają kapryśne, co naturalnie sprowadza mój wywód do losowości. Losowości, która nie tylko tam jest, ale często działa symbiotycznie, jednocześnie z kartami oraz kośćmi. I super, ponieważ to właśnie losowość, w kooperacji z interakcją stanowią podwaliny dobrej zabawy, potęgując wrażenie szalonego, pełnego interakcji wyścigu. Przywodzące na myśl czasy dzieciństwa oraz Szalone Wyścigi, mój ulubiony kreskówkowy serial sprzed lat.
Wróćmy jeszcze na moment do mechaniki i odczuć z rozgrywki, od tego zależeć może los niejednego pirata. Taktyczny kurs wyznaczany za sprawą kart oraz kości będziemy starali się korygować przez większą część gry. Chyba że nie pozwoli nam na to losowość, ale tak bywa na szczęście rzadko. W Jamajce nie zawsze wygrywa najbardziej doświadczony z piratów, bo na nic zda się optymalizacja tam, gdzie mechanika potrafi być kapryśna niczym pogoda.
Kości decydują nie tylko o naszych zasobach, ale przede wszystkim ruchu, który raz potrafi być nam wiatrem w żagle, żeby już za chwilę dokopać losowością, generując koszty, straty, a czasami również bardzo niepożądany w danym momencie ruch wsteczny. Na Karaibach są miejsca, do których za wszelką cenę chcielibyśmy dopłynąć oraz takie, które chcemy omijać, ponieważ postój tam, kosztuje nas prowiant lub złoto. Nie muszę chyba pisać, których jest więcej, a przecież zależy nam na zasobach, a w szczególności złocie, które punktuje na koniec gry. Jamajka w stopniu istotnym opiera się na mechanice push your luck, dlatego też ryzyko wkalkulowane jest w większość tego, co robimy lub do czego dążymy. Dotyczy to w szczególności walki oraz dobierania kart skarbów, które mogą przynieść nam szczęście (punkty dodatnie) lub pecha (punkty ujemne). Skoro już o walce wspomniałem, to choć ta stanowi istotny element interakcji, nie definiuje strategii i nie gwarantuje ostatecznego sukcesu, ponieważ jak większość aspektów gry, nie sposób jej do końca kontrolować. Nie jest też całkowicie losowa (modyfikatory), co sprawia, że wspaniale komponuje się z piracką tematyką gry.
Jamajka to czysta zabawa, z pozorną optymalizacją w tle, pozornym zarządzaniem zasobami i równie pozorną kontrolą walki pomiędzy graczami. Pomimo potrójnej pozorności, jest to gra warta polecenia i to z kilku powodów. Po pierwsze dobrze skaluje się na 3-4 graczy, a jeszcze lepiej na 5-6. Słabo działa wyłącznie w wariancie 2-osobowym i nie zmieni tego żaden statek widmo, ponieważ jej podwaliny zbudowane są na interakcji. Rozgrywka jest prosta, płynna, szybka (z reguły 30-45 minut) i adresowana do bardzo szerokiego grona odbiorców. Od majtków, po doświadczonych krwiożerczych piratów, którzy na sumieniu mają nie jeden abordaż. Równie dobrze sprawdzi się do rozgrywek rodzinnych, w wielopokoleniowym gronie oraz w roli fillerka, tudzież zabawnego przerywnika pomiędzy cięższymi tytułami.
Cóż… bywają gry w swej naturze tak losowe i szalone, że z miejsca stają się utrapieniem graczy. W przypadku Jamajki to właśnie wspomniane cech stanowią o jej siłę i sporej regrywalności. Tak właśnie jest Jamajka i taką ją od zawsze pamiętam. I choć nie jest grą wybitną, ani nawet bardzo dobrą, to w swojej klasie – dziecięcych, rodzinnych gier rywalizacyjnych – znakomicie spełnia rolę fajnego czasoumilacza. Pośród rodzinnej wrzawy, w duchu rywalizacji fair Play (tak, jasne), wspieranej salwami śmiechu, a niekiedy jękiem rozczarowania. Zapewnia po trochę wszystkiego – szczęścia, emocji, dynamiki, wrażenia wyścigu, a nawet strategii. Z tym ostatnim może troszkę przesadziłem, ale… Na początkowym poziomie planszówkowego obycia, gracze mogą doświadczyć podobnego uczucia, szczególnie jeśli ich wiedza o grach planszowych jest równie znikoma, jak kontrola w grze Jamajka.
Najwyższy czas rzucić kotwicę, kończąc recenzję Jamajki krótkim zgrabnym podsumowaniem. Czas okazał się dla niej łaskawy, a przecież to największy z planszówkowych malkontentów. Czas bywa wybredny, kapryśny i często spycha gry w otchłań niepamięci. Słusznie, nie wszystkie zasługują, żeby o nich pamiętać, ale nie Jamajka, z nią jest zgoła odwrotnie. Czy to z racji lubianej tematyki, odczuwalnej rywalizacji, czy też prostych zasad? Nie każdy musi mieć ją w kolekcji, ale każdy, kto chociaż trochę czuje się piratem gier planszowych, powinien dać jej szansę! Ahoj planszówkowi piraci!


Projekt
Ilustracje
Liczba graczy
Czas rozgrywki
Wydawca
Rok wydania
Ocena BGG
Moja Ocena





















Jeśli lubisz Stare Kości, dołącz do obserwujących mój Fanpage, na którym znajdziesz jeszcze więcej relacji i wrażeń z rozgrywek.